Dlaczego do nas strzelają: kwiecień 2022

kw. 12, 2022

Autor: Aleksandra Fortuna-Nieć

– „Moje dziecko było przerażone, widziało mój strach, a ja próbowałam na siłę je zabawiać. Przestał się uśmiechać i ciągle pytał: – Mamo, dlaczego Rosja nas zaatakowała, co zrobiliśmy, dlaczego do nas strzelają?” – relacjonuje Tatiana Rumak, mama ośmioletniego Kyryla. Kronice opowiada o jedenastu dniach spędzonych w ogarniętym wojną Charkowie i o tym, jak wraz z synem próbuje na nowo układać sobie życie w Bochni.

To zupełnie wyjątkowy odcinek powracającego na łamy cyklu „Kreatywne mamy”, w którym publikujemy rozmowy o tym, jak łączyć macierzyństwo z pracą zawodową i realizacją pasji.

Pamiętasz, jak spędzałaś przeddzień wybuchu wojny?

– To był normalny dzień, środa. Rutynowe obowiązki, czyli szkoła, kursy angielskiego, gotowanie, odprowadzenie mojego męża na lotnisko. Od samego rana odczuwałam jednak jakiś niewytłumaczalny niepokój, który nie opuszczał mnie przez cały dzień. Po raz pierwszy od dziesięciu lat poprosiłam męża, aby nie leciał samolotem i poczekał co najmniej kilka dni. Nie potrafiłam mu wyjaśnić, czego właściwie się boję, to było jedynie takie uczucie. Nie posłuchał, powiedział, że wszystko będzie dobrze. Wieczorem jak zwykle zaplanowałam następny dzień, chciałam w końcu spotkać się z przyjaciółką, której nie widziałam od prawie dwóch miesięcy, ze względu na to, że ona była chora na koronawirusa. Miałam udać się do apteki po lek na alergię dziecka, na który czekaliśmy niemal trzy miesiące, a potem po szkole chcieliśmy w końcu pójść do kina na kreskówkę. Snuliśmy już plany na weekend. Chcieliśmy kupić mnóstwo prezentów na nadchodzące święta, ja miałam długo wyczekiwaną sesję zdjęciową, do której wraz z zespołem przygotowywałam się od miesiąca, szkolenie z fotografowania przy świetle studyjnym, urodziny matki chrzestnej. Wiele planów, miłych obowiązków, spotkań… A wszystko to w jednej chwili, dokładnie o godzinie piątej 24 lutego zostało przekreślone na zawsze. Wszystko się zatrzymało i nigdy nie będzie takie samo jak wcześniej. Nie docenialiśmy tego, jak piękne było nasze życie – spokojne, w wolnym kraju.

Czym się zajmowałaś?

– Urodziłam się w Charkowie, spędziłam tam całe swoje dotychczasowe życie, bardzo go kochałam i nie chciałam mieszkać w żadnym innym mieście. W ostatnich latach Charków rozkwitł, był jednym z najpiękniejszych miast w Europie.

Z wykształcenia jestem programistką, ale tak się złożyło, że po studiach nie chciałam pracować w swojej specjalności i dostałam pracę jako menedżerka sprzedaży. Przez dziesięć lat pracy awansowałam z menedżerki na zastępczynię szefa sieci oddziałów. Nasze jednostki rozsiane były po całej Rosji i nie tylko.

Miałam wielu przyjaciół w Rosji, klientów, pracowników. Dobrze traktowałam Rosjan, byłam apolityczna i zawsze wierzyłam, że wszędzie są dobrzy ludzie. Nawet po 2014 roku, po aneksji Krymu i rozpoczęciu wojny w Donbasie, nie zaczęłam „nienawidzić” ani w jakiś sposób traktować zwykłych ludzi inaczej.

W 2019 roku zmieniłam pracę i zostałam fotografką. Zawsze o tym marzyłam, ale nie miałam odwagi zrezygnować z dziesięciu lat nagromadzonego doświadczenia. Ale nie żałuję tego wyboru, znalazłam wolność, spokój i satysfakcję. Nowa praca pozwoliła mi poznać wspaniałych ludzi, wielu moich klientów stało się przyjaciółmi.

Wczesne wyjścia do pracy (latem nawet o drugiej nad ranem, by zdążyć na wschód słońca na polu lawendy) były tylko przyjemnością. Kiedy rozpoczęła się kwarantanna z powodu koronawirusa, moja praca dała mi ogromną przewagę, bo mogłam uczestniczyć we wszystkich zajęciach mojego dziecka w szkole jako fotograf klasowy. Na tę wiosnę zaplanowałam wiele różnych szkoleń i projektów. Mieliśmy robić zdjęcia w lawendzie i na plaży (tak, tak, rezerwujemy miejsca pół roku wcześniej). Mimo że od trzech lat nie pracowałam już w firmie, nadal utrzymywałam kontakt z przyjaciółmi z Federacji Rosyjskiej.

Inwazja wydawała się czymś realnym?

– Nikt z nas w to nie wierzył, nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić, że taka wojna może się rozpocząć w XXI wieku, w cywilizowanym społeczeństwie. Tym bardziej ze strony Rosji, z którą nasze miasto Charków aktywnie handlowało, wielu miało krewnych w Biełgorodzie, co weekend przyjeżdżali do naszych marketów i na bazarek Barabanów na zakupy, chodzili do naszego kina. Granica była tylko na mapie, nic nie znaczyła dla zwykłych ludzi. Dlatego nikt nie oczekiwał zdrady i tak bezsensownego i okrutnego działania.

To początek wywiadu Aleksandry Fortuny-Nieć z Tatianą Rumak, który ukazał się na łamach kwietniowego numeru Kroniki. 
Przejdź do treści